17 marca 2017

Lot do Nowej Zelandii

Październik 2007…

 

Kolejna bezsenna noc…  w sumie dziś to nic złego, akurat dobrze, że nie mogę spać.

Niedługo będę miał duuużo czasu na odrobienie sennych zaległości i na pewno nie będę miał problemów z zaśnięciem. No ale czas wstawać, domknąć walizkę i powoli udawać się w stronę tak często odwiedzanego miejsca – dziś też je odwiedzę z tą różnicą, że będzie to wizyta w innym charakterze, w charakterze pasażera. Lotnisko to miejsce, które często odwiedzam, zdarzało się nawet trzy razy dziennie i nie jest to związane z moją pracą, nazwał bym to raczej czymś w rodzaju hobby. To miejsce gdzie zapominam o wszystkich problemach dnia codziennego, potrafię jakoś oderwać się od rzeczywistości.

Dziś problemów nie ma, zostają wszystkie tutaj – w kraju. Niestety będę musiał do nich wrócić ale to dopiero za cztery długie tygodnie.

Na „Okęciu” pojawiłem się jakoś przed trzynastą. Piękny słoneczny dzień, na odlotach o dziwo, pustki – żadnej kolejki do odprawy bagażu. Nie ma co czekać, trzeba odprawić bagaż.

Tutaj pojawił się pierwszy problem. Mój bilet był troszkę kombinowany, WAW – LHR , tu nie było problemu, LHR – HKG – HKG – AKL – WLG i na koniec WLG – AKL.

Każdy Polak ma w swojej naturze coś co każe mu jakoś kombinować, nie dać się zrobić w tzw. balona, i tak też ja kombinowałem.

Program mojego wyjazdu wymuszał przylot do Auckland ale wylot z Wellington z przesiadką w Auckland. Poszukiwania różnych wersji podróży dały jasną odpowiedź. Najlepiej było kupić bilet „łączony” i zrezygnować z pewnych lotów, a konkretnie z lotu Auckland – Wellington.

Jak zapewniali różni znajomi niosło to pewne ryzyko. Podobno linia lotnicza po nieodbyciu przez pasażera pierwszej części podróży w całości, potrafi anulować bilet w drugą stronę.

Na naszym „Okęciowie” przy odprawie nie dało rady abym dostał kartę pokładową tylko do Auckland. Pomimo usilnych prób sympatycznych pań, system nie chciał pozwolić na taką kombinację. No cóż, ważne, że bagaż leci tylko do AKL. Będę musiał pofatygować się po kolejną kartę pokładową na LHR. Dla mnie to nie problem.

Po szybkiej odprawie paszportowej, chwila rozmowy ze znajomym po tamtej stronie granicy i już tylko czekanie na boarding.

Lot do Londynu to tylko dwu godzinna rozgrzewka przed całym maratonem w powietrzu. Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Start – obiad – oglądanie innych samolotów mijających nas w powietrzu… szczególnie podobała mi się mijanka z A320 Aeroflot`u. Przelecieliśmy pod nim, pod kątem prostym, dosyć blisko, prawie dało się odczytać REG. Pięknie było widać tworzące się „smugi”. Szkoda, że nie przez wszystkie szyby samolotowe da się zrobić dobre zdjęcie… Jeszcze kilka mijanek i zaraz schodzenie do lądowania na wielkim Heathrow.

Pogoda w Londynie była niezbyt przyjazna, zachmurzenie jakieś 7/8 gdzieniegdzie słońce przebijało się przez wysoko zawieszone, wyjątkowo ciężkie, ołowiane chmury. Wyglądało to nawet fajnie, co chwila niektóre części Londynu błyskały jasnością i żywymi słonecznymi kolorami. Nie padało, chociaż znając Londyńską pogodę nie zdziwiłbym się jakby zaraz spadł śnieg.

Lądowanie jak przystało na polskich pilotów, bez zarzutu, delikatnie i swobodnie.

Zawsze kiedy podróżuję samolotem zastanawia mnie fakt śpieszenia się pasażerów do zamkniętych jeszcze drzwi. Ludzie gdzie Wy idziecie!? Przecież to jeszcze potrwa! Samolot opróżnia się z pasażerów odwrotnie niż się zapełnia – ci z ostatnich rzędów wyjdą ostatni bo przecież nie przefruną nad całą resztą, która już tłoczy się z przodu.

Czytając gazetę czekałem spokojnie, aż zrobi się luźniej w naszym 737, i będę mógł spokojnie wysiąść. Nigdzie się nie śpieszę, co prawda samolot nie zaczeka ale mam do niego jeszcze ponad cztery godziny – wystarczy na zwiedzenie terminala i zakupy na „bezcłówce”. Wystarczy też na szwendanie się po terminalach i podziwianie wielkich maszyn przewoźników, którzy do Polski nie latają. A340 Emirates oraz Virgin Atlantic zawsze robią na mnie duże wrażenie. Malowanie Virgin`a należy do moich ulubionych, skromne i proste ale mające to coś w sobie, co sprawia, że człowieka ciarki przechodzą.

Kolejne maszyny przylatywały i odlatywały a czas leciał dosyć szybko. Szkoda tylko, że było ciemno a mój statyw leżał sobie spokojnie i odpoczywał gdzieś w bagażu głównym. No ale cóż nie można mieć wszystkiego. Zdjęcia z „ręki” to nie to samo, zwłaszcza, że przydałoby się czymś zasłonić odbijające się od szyby światło z wnętrza terminala, a tu wolnej ręki brak. Zmęczony postanowiłem wolno udawać się w stronę gate`u. Niezły kawałek przeszedłem. Dobrze, że są te ruchome chodniki gdzie idąc normalnym tempem „biegniemy” względem ścian i innych pasażerów którzy mają więcej czasu, lub siły w nogach.

Przy boarding`u niespodzianka – popsuł się system nagłaśniający, kobieta, która „udawała” megafon miała na szczęście donośny głos i jej doświadczenie robiło swoje. Uwinęła się z wszystkimi bardzo szybko. Miałem szczęście. Jak odbierałem kartę pokładową były jeszcze miejsca przy oknie. Może tutaj uda się coś ciekawego ustrzelić w powietrzu, co prawda nie dziś bo już noc nad Europą ale może w dalszej części lotu. Może coś podczas lądowania w Hong Kongu.

744 jest dużo większy niż 734 którym leciałem z Warszawy. Jest też więcej miejsca na nogi a miejsce w rzędzie pięćdziesiątym siódmym gwarantowało szybką dostawę jedzenia i napojów z kuchni obok.

W fotelu system multimedialny, który zapewniał rozrywkę w czasie dwunasto-godzinnego lotu do Chin. Oprócz 300 filmów do wyboru, można też na bieżąco śledzić parametry lotu: prędkość, wysokość, położenie geograficzne i oczekiwany czas lądowania w Hong Kongu.

Krótkie kołowanie na próg pasa, i start bez zatrzymania po wjechaniu na pas. Pilot spokojnie prowadzi nas w kierunku czarnego nieba. Kilka szybkich korekt kursu i już spokojne wznoszenie na wysokość „przelotową”. Chmury przesłoniły błyskający światełkami Londyn – szkoda mógł być ładny widok. Tam na dole zaczyna się życie nocne a ja zaczynam swoją drugą część podróży.

Aha… coś pachnie. Będzie jedzonko! W sam raz, bo już troszkę zgłodniałem. W związku z tym, że jest to lot przez Hong Kong. Do wyboru są dwa dania. Coś w stylu chińskim i coś bardziej europejskiego. Nie mam ochoty na ryż więc wybieram pieczone mięso z sosem. Nie było tak dobre jak „bitki Jurka” (mojego taty), ale czego wymagać na 11 000 m z dala od domu. Sąsiadka, małomówna, o bardziej wschodnich rysach twarzy, wybrała wersję z ryżem. Sądząc po szybkości kursowania sztućców z talerza do ust – jej też smakowało. Kilka kieliszków dobrego Nowo Zelandzkiego wina spowodowało pożądaną senność. Obsługa samolotu też dbała o to aby pasażerowie spali. Powoli ograniczała światło na pokładzie i ludzie sami odpływali w błogi sen.

Za oknem piękny widok.

Chmury wiszące tam w dole, nad stolicą Rosji, nie były za grube i pięknie było widać jasno pomarańczową łunę miasta. Po dwóch ,trzech minutach nie było już żadnej łuny – minęliśmy Moskwę i dalej już tylko ciemność w dole, i gwiazdy nad głową. Chwilę później już tylko śniłem…

„Rano” obudził mnie komunikat pilota, mówiący o tym co będzie do wyboru na śniadanie oraz przepraszający za małą awarię ogrzewania. Faktycznie, nie jestem typem zmarźlucha a opatuliłem się kocem jak w zimę. Ostre słońce odbijające się od grubej, białej, pierzyny chmur nie dawało wyglądać zbyt długo przez okno. Oczy nie wytrzymywały takiej jasności i mimowolnie wypełniały się łzami. Śniadanie pochłonąłem dosyć szybko.

Dobry, zimny, lekko kwaśny sok pomarańczowy szybko postawił mnie na nogi. Jeszcze mała kawa i już schodzimy do lądowania na sztucznie usypanej wyspie na której Chińczycy zbudowali lotnisko.

W Hong Kong`u pogoda iście Londyńska. Miałem wrażenie, że przyleciała za nami. Było około piętnastej (dla mojego organizmu jakaś 10 rano) a w powietrzu wisiała dosyć gęsta mgła i zdawało się, że coś zaraz spadnie z nieba. O dziwo pasażerowie nie tłoczyli się do wyjścia, prawie wszyscy czekali, aż wysiądą najpierw ci z przodu i zrobią miejsce w przejściu. Wysiadka i około godziny czekania na ponowny boarding, na pokład tego samego samolotu. To dobrze, było trochę czasu na zwiedzenie kolejnego wielkiego terminala.

Największe wrażenie zrobiło na mnie oznakowanie całego terminala, dróg do poszczególnych gate`ów i punktów usługowych w strefie bezcłowej. Nawet jakby ktoś chciał to nie da się zgubić. Ten terminal zrobił na mnie jak na razie największe wrażenie. Widać, że Chińczycy pomyśleli tu o wszystkim. Hala transferowa jest duża i przestrzenna, pomimo tego iż jest w niej dosyć dużo ludzi, jest luźno. Starty i lądowania jeden za drugim, szybko topniejąca kolejka na taxiway, a to wszystko na tle pięknych gór, i wszystko jak w zegarku. Żadnych zbędnych ruchów, żadnej straty czasu.

Boarding odbył się jeszcze szybciej niż w LHR. Na moim miejscu czekały już świeża poduszka, koc polarowy i nowe słuchawki. Miejsce obok było puste. Wschodnia koleżanka już pewnie dotarła do swojej rodziny a ja przygotowuję się do trzeciej części lotu.

Dosyć długie kołowanie, z kilkoma przystankami po drodze, i wreszcie to fajne łaskotanie w żołądku podczas startu. Szybka zmiana kursu i cały czas wznoszenie. Postanowiłem od razu zmusić się do snu. Nie było to trudne, bo byłem już trochę zmęczony. Znowu miły polarowy kocyk, poduszka pod głowę, rozłożenie fotela i… sen.

Nie udało mi się przespać całej drogi do AKL. Organizmu nie da się oszukać. Obudziłem się gdzieś koło Australii. Następne 4 godziny lotu spędziłem bawiąc się systemem rozrywkowym i oglądając stary dobry „Top Gun”. W powietrzu pustki, zero ruchu… to nie to co nad Europą.

Tutaj słońce też nie dawało za długo patrzeć za okno… Podejście do lądowania w Auckland wykonaliśmy „oblatując” całe miasto do okoła. Można było dostrzec piękny port, całe centrum a także najwyższą budowlę na południowej półkuli – SkyTower.

Słońce mieliśmy z lewej, dzięki temu mogłem podziwiać nasz cień przesuwający się po polach pełnych białych owieczek. Lądowanie z małym przytupem, a jakże! W końcu to antypody!

Po dokołowaniu pod rękaw wszyscy pasażerowie sprawnie opuścili samolot a ja miałem chwile, żeby spokojnie pozwiedzać poczciwego „garbatego”. Nigdy nie sądziłem, że w biznes klasie zostaje taki bałagan! Wszędzie porozrzucane papiery, porozlewane jakieś napoje. Masakra! Zdobywszy kolejny łup zdjęciowy, udałem się do odprawy.

Pogoda była piękna, niebieskie niebo, mało chmur. U nas w Polsce słotna jesień, a tu, w październiku początek wiosny.

Bagaż już na mnie czekał. Po przejściu kontroli paszportowej, tutaj w Nowej Zelandii jest jeszcze tak zwana „bio security”. Kontrola ta ma na celu niedopuszczenie do przywiezienia obcych insektów, chorób itp. na ten unikalny ląd. Urzędnicy Ministerstwa Rolnictwa i Leśnictwa sprawdzają skrupulatnie czy nie ukrywa się czegoś nieodpowiedniego w bagażu.

U mnie było wszystko ok.

Tutaj powinienem udać się w kierunku terminala krajowego, wsiąść na pokład Boeinga 737 linii Air New Zealand i polecieć w stronę Wellington. Ale ja, tak jak pisałem wcześniej, mam inne plany.

Po kilku dniach w Auckland i okolicach, kolejna wizyta na lotnisku. Tym razem lot krajowy. Lecimy do Dunedin. To na południowej wyspie, prawie na samym dole. Podróżujemy B737 Air New Zealand. Jest pełen. Fajny standard, dużo miejsca na nogi i wygodne fotele. Po przeszło godzinie lotu, pilot daje znać, że za chwilę będziemy mijać górę Cook`a (najwyższy szczyt w NZ). Faktycznie sam ośnieżony wierzchołek pięknie wydobywał się z chmurnej pierzyny.

Lądujemy w Dunedin. Tutaj zimno. Zaledwie 9 stopni na plusie. Dunedin to małe lotnisko z krótkim pasem (1900m), obsługujące rocznie około 700 000 pasażerów. Są tylko dwa rękawy i malutki terminal ale nie przeszkadza to w sprawnej obsłudze samolotu. Czas oczekiwania na bagaże to zaledwie ok. 5 min. Na lotnisku mały ruch. To nie to co HKG. Na płycie tylko nasz 737, kilka Cesn i jeden „zwijający” się Pilatus.

Lotnictwo w NZ to głownie małe firmy świadczące usługi dla turystów. Pole do popisu jest duże. Można pooglądać dużo ciekawych rzeczy z powietrza, zaczynając od lodowców, poprzez wieloryby, góry i na fiordach kończąc. Bardzo popularne jest też wykorzystywanie helikopterów do różnego rodzaju HELI-aktywności: helibungee, heliski, helibiking itp. Poruszając się po NZ znajdziemy dużo małych lotnisk jak i lądowisk. Koło domów czasami można spotkać „garaż” na śmigłowiec, obok zwykłego garażu na samochód. Nowozelandczycy często wykorzystują transport lotniczy. To przyjazny kraj do latania małym samolotem. Mała gęstość zaludnienia, duży obszar parków narodowych sprzyja wykorzystywaniu samolotu do podróży. Oni już dawno traktują latanie jako zwykły środek lokomocji a nie jak jeszcze my Polacy, pewnego rodzaju luksus.

Do kraju wróciliśmy jakieś 3 tygodnie później. Tą samą trasą i z tymi samymi przewoźnikami. (Air New Zealand i LOT) Pogoda w drodze powrotnej była duużo lepsza. Ładnie było widać Hong Kong, góry Azji a na Bałtyku Bornholm. Londyn też był bardziej łaskawy tylko w Warszawie było ciemno i zimno. Trzeba było znów przeprosić się z kurtką… niestety zimową.

MSz.